Pierwsze kroki w „innym” świecie
Głód przekroczenia granicy
„Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego to dzieło wymykające się prostym kategoryzacjom. Jest to znacznie więcej niż tylko zbiór reportaży z odległych krain; to głęboka, erudycyjna medytacja nad istotą podróży, spotkaniem z radykalną Innością oraz naturą historii, zarówno tej wielkiej, jak i tej osobistej. Kapuściński zabiera czytelnika w podwójną podróż: fizyczną, wiodącą przez Indie, Chiny i Afrykę, oraz intelektualną, w głąb „Dziejów” Herodota, które stają się dla niego nie tylko przewodnikiem, ale i kluczem do zrozumienia świata i własnej tożsamości.
Dwa pierwsze rozdziały, „Przekroczyć granicę” i „Skazany na Indie„, tworzą nierozerwalny fundament całej narracji. To w nich autor z niezwykłą precyzją odsłania psychologiczne i historyczne uwarunkowania, które zrodziły w nim głód świata, definiuje pierwotne lęki i, co najważniejsze, odkrywa fundamentalną metodę poznawczą, która ukształtuje go jako reportera i myśliciela. Analiza tych rozdziałów pozwala zrozumieć, dlaczego dla Kapuścińskiego podróż nigdy nie była celem samym w sobie, lecz narzędziem do przekraczania granic – nie tylko geograficznych, ale przede wszystkim mentalnych.
Jako młody reporter w powojennej Polsce, nosiłem w sobie głód, który nie dawał mi spokoju. Było to pragnienie niemal obsesyjne, trudne do wytłumaczenia. Nie marzyłem o konkretnym miejscu – ani o Paryżu, ani o Londynie. Te nazwy były dla mnie abstrakcją. Moje pragnienie skupiało się na jednym, prostym, a jednocześnie fundamentalnym akcie: przekroczeniu granicy. Chodziło mi o samą czynność, o ten, jak to czułem, „mistyczny i transcendentalny akt przekroczenia granicy”.
To marzenie zrodziło się i rosło w siłę w świecie zamkniętym, odciętym, gdzie podróżowanie było czymś niewyobrażalnym. Im bardziej niedostępne się wydawało, tym mocniej mnie dręczyło. Moje pragnienie było przy tym skromne. Chciałem tylko stanąć po drugiej stronie, poczuć tę zmianę i zaraz wrócić. Myślałem, że to by mi zupełnie wystarczyło.
Los miał jednak dla mnie zupełnie inny plan, który zaczął się od jednej, z pozoru niewinnej rozmowy w redakcji.
Rozdział I – „Przekroczyć granicę”: Opresja zamknięcia i mistyka transgresji
Rozdział otwierający „Podróże z Herodotem” ma znaczenie strategiczne. Nie jest to jeszcze relacja z egzotycznego świata, lecz precyzyjna diagnoza świata, z którego narrator pragnie uciec. Kapuściński maluje obraz powojennej, stalinowskiej Polski jako rzeczywistości hermetycznej, zdefiniowanej przez niedouczenie, biedę i wszechobecną paranoję. To opresyjne tło jest kluczowe dla zrozumienia motywacji młodego reportera. Właśnie w tej atmosferze zamknięcia rodzi się w nim niemal mistyczne, „transcendentalne” pragnienie przekroczenia granicy, które staje się dla niego nie tyle aktem turystycznym, co ostatecznym gestem wolności i samookreślenia.
Tło historyczne: Świat ubogiej, siermiężnej prowincji
Wspomnienia z czasów studiów na Uniwersytecie Warszawskim w 1951 roku służą Kapuścińskiemu do zrekonstruowania pejzażu społecznego i mentalnego epoki. W sali wykładowej dochodzi do symbolicznego zderzenia cywilizacji: z jednej strony świat starożytnej Grecji, opisywany przez profesor Bieżuńską-Małowist – świat „ze słońca i srebra”; z drugiej – studenci, „dzieci wojny”, niedouczeni i naznaczeni traumą. Obraz ten ucieleśniają sąsiedzi narratora z ławki: pochmurny Z. ze wsi pod Radomskiem, dla którego lekiem na chorobę niemowlęcia jest kawałek zasuszonej kiełbasy, oraz chudy W. z kulą w kolanie, pamiątką z „leśnej walki”. To zderzenie między antycznym ideałem a siermiężną, powojenną prowincją staje się dla narratora pierwszym, namacalnym dowodem na istnienie odmiennych światów. Jest to jego pierwsze, domowe spotkanie z „Innym” – nie w sensie geograficznym, lecz historycznym i społecznym – które dowodzi, że jego podróż w celu zrozumienia świata zaczyna się na długo przed przekroczeniem fizycznej granicy.
Herodot jako symbol zakazanej wiedzy
W stalinowskiej Polsce nawet tekst napisany dwa i pół tysiąca lat wcześniej mógł stać się niebezpieczny. Kapuściński wyjaśnia, że polskie tłumaczenie „Dziejów” Herodota, gotowe do druku, zostało wstrzymane na trzy lata. Przyczyną była panująca wówczas „obsesja aluzji” – specyficzny tryb lektury, w ramach którego każdy tekst był odczytywany jako zaszyfrowany komunikat polityczny. Narrator sugeruje, że cenzor, sięgając po dzieło Greka, mógł znaleźć w nim niepokojące analogie do współczesnej mu rzeczywistości.
• Rada Trazybula dla Periandera: Historia tyrana, który radzi drugiemu, jak utrzymać władzę, demonstrując to poprzez wyrywanie „najpiękniejszych i najbujniejszych” kłosów zboża. Gest ten był czytelną metaforą fizycznej eliminacji najwybitniejszych obywateli jako metody na utrzymanie ludzi w „niewolniczym strachu i poddaństwie”. W kontekście czystek politycznych lat 50. aluzja ta była aż nadto oczywista.
• Postać Kambyzesa: Herodot przedstawia perskiego króla jako paranoicznego, brutalnego i szalonego władcę. Jego rządy to seria zbrodni: morduje własnego brata Smerdysa i siostrę-żonę, a bez żadnej winy każe żywcem zakopać dwunastu najznakomitszych Persów. Taki portret, a zwłaszcza opis jego katastrofalnej wyprawy na Etiopię, podczas której z powodu braku przygotowania jego armia dopuszcza się kanibalizmu, mógł być odczytany jako niebezpieczna paralela do irracjonalnego okrucieństwa współczesnych dyktatorów.
Pierwsze zderzenie z Zachodem: Szok i alienacja
Pierwsza zagraniczna podróż do Rzymu obnaża dwoistość doświadczenia Zachodu. Z jednej strony jest to spełnienie „mistycznego i transcendentalnego” pragnienia, z drugiej – brutalne zderzenie, które prowadzi do poczucia głębokiej alienacji. Reakcje narratora na kluczowe elementy zachodniej cywilizacji układają się w obraz kulturowego szoku: intensywność świateł wielkiego miasta, która go oszałamia; moda, która staje się widzialnym znakiem przynależności do jednego z dwóch bloków, gdzie jego garnitur z „wystającymi, kanciastymi ramionami” zdradza pochodzenie ze Wschodu; wreszcie obfitość towarów i zupełnie inna kultura obsługi klienta.
Następnego dnia, podczas wyprawy po rzymskich sklepach, przeżyłem kolejne wstrząsy. Trzy rzeczy uderzyły mnie najbardziej, pokazując, jak odmienny był świat, do którego trafiłem:
• Pełnia towaru: Sklepy dosłownie pękały w szwach. Towar uginał się na półkach, a jego kolorowe strumienie wylewały się na chodniki i place. W świecie, z którego przybyłem, puste półki były normą.
• Zachowanie sprzedawczyń: Dziwne było, że stały milczące, wpatrzone w drzwi, w pełnej gotowości. W mojej rzeczywistości sprzedawczynie siedziały i rozmawiały ze sobą o mężach, dzieciach i kłopotach ze zdrowiem. Te tutaj wydawały się sobie obce, skupione wyłącznie na kliencie.
• Uprzejmość i „grazie”: Największym zaskoczeniem było to, że sprzedawcy odpowiadali na pytania, słuchali z uwagą, a na końcu rozmowy zawsze padało sakramentalne słowo „grazie” – dziękuję.
Mimo zewnętrznej transformacji – zakupu nowego garnituru i modnego krawata – narrator w rzymskiej kawiarni czuje się „obcą cząstką”. Uświadamia sobie, że zmiana ubioru nie jest w stanie ukryć tego, co go „ukształtowało i naznaczyło”, a prawdziwa granica leży znacznie głębiej niż ta na mapie. Ten stan głębokiego wyobcowania miał się jednak okazać zaledwie preludium; z rzymskiej kawiarni los rzucił narratora wprost w serce radykalnie odmiennej, niepojętej rzeczywistości.

Wieczorem, ubrany w nowy, włoski garnitur, wyszedłem sam na miasto. Usiadłem w kawiarni, próbując wtopić się w tłum. Mimo nowego stroju czułem na sobie spojrzenia ludzi. Wiedziałem, że zdradza mnie coś więcej – gesty, sposób poruszania się, cała moja postawa. Czułem się obco i nieswojo. Moja wewnętrzna refleksja była bolesna:
Poczułem, że biorą mnie za innego, i choć powinienem się cieszyć, że siedzę tutaj, pod cudownym niebem Rzymu, zrobiło mi się nieprzyjemnie i nieswojo. Choć zmieniłem garnitur, nie mogłem ukryć pod nim tego, co mnie ukształtowało i naznaczyło. Byłem to we wspaniałym świecie, który mi jednak przypominał, że stanowię w nim obcą cząstkę.
Szok kulturowy w Rzymie był jednak zaledwie preludium. Stanowił tylko próbę generalną przed zderzeniem z rzeczywistością czekającą na mnie tysiące kilometrów dalej.

